Krzysztof Szafraniec

Z Silesiacum
Przejdź do nawigacjiPrzejdź do wyszukiwania

[U 1] O królewiczu Kazimierzu napisał współczesny kronikarz pruski: "Er was seer klugk und sittigk und hette gerethe (gerade) II jar geregireth, das der her Konig im zculies, und die herschaft und alle leutte sagten im gros lob nach[U 2]. - Wiadomość tę potwierdza list samego królewicza do Wrocławian w sprawie rozbojów granicznych, datowany z Radomia dnia 11 lutego 1482 - jedyny dotychczas ślad namiestniczej działalności młodego Kazimierza. Królewicz zapewnia Wrocławian, że jak dawniej starał się "O ile to leżało w jego mocy poskromić rozboje, tak i nadal troszczyć się o to nie prze-stanie... chyba jeśli złoczyńcy kryjówki swe mają poza granicami królestwa, w takim razie usprawiedliwić należy tak mnie, jak Najjaśniejszego Pana, rodzica mego." Widzimy tu w każdym razie pewną władzę ograniczoną z góry - zakresu jej w kierunku przeciwnym, zwłaszcza wobec małopolskich i wielkopolskich pełnomocników królewskich, ocenić nie możemy. Nawet najbliższych doradców młodego księcia wymienić możemy: jednym byłby Kallimach, drugim Piotr z Bnina, z którym młody królewicz według słów humanisty włoskiego miał prowadzić ożywione rozmowy - szczególnie na temat bohaterskich przygód poległego w boju z Turkami stryja. Niestety rządy zastępcze chwalonego z wielu bardzo wybitnych stron królewicza i spodziewanego następcy tronu, nie trwały długo; w ciągu roku 1483 przeniósł się z powodu wzrastającej coraz bardziej choroby piersiowej na dwór ojca i umarł w Grodnie dnia 4 marca roku 1484.

Takie to było urządzenie i tacy ludzie w Koronie w czasie nieobecności królewskiej. Kazimierz mógł się bezpiecznie spodziewać, że nierychło cokolwiek przerwie pobyt jego na Litwie. Ludzie byli pewni i wyrobieni, stosunki zewnętrzne ułożone, a także i wewnętrzne sprawy bez takich zawikłań, które by tok życia powszedni w poważniejszy sposób zaburzyć mogły.

Przede wszystkim stała na porządku dziennym, jak już wspomniano, spłata zaciężnych i spłata zobowiązań pokojowych wobec Krzyżaków. Jakoż spotykamy w tych czasach niemało kwitów żołnierskich - których z pewnością jeszcze znacznie większa ilość kiedyś wyjdzie na jaw - a prócz tego kwity krzyżackie. Krzyżakom zapewniono w Nowym Korczynie (1479) spłatę 8.000 dukatów za zwrot zajętych przez nich zamków pruskich: Brodnicy, Chełmna i Starogrodu - tudzież pewne odszkodowanie wojenne, które po dłuższych rokowaniach w wysokości 3.000 dukatów oznaczono (1480). Połowę wykupu zamkowego już w r. 1480 złożono, w roku 1481 zapłacono połowę odszkodowania wojennego, zaś w roku następnym resztę z pierwszej i z drugiej pozycji t. j. 4.000 i 1.500 dukatów. Jakich użyto na te cele funduszów? Są ślady nałożenia akcyzy na Lwów i Toruń w r. 1480 i ślady poboru 12 groszowego z łanów kmiecych w r. 1481. Posiadamy wskazówki, że odbywały się w tych dwu latach i w następnym nie tylko sejmiki ziemskie, ale także prowincjonalne sejmy Wielko- i Małopolski; także synod prowincjonalny został do Łęczycy w r. 1480 zwołany. Duchowieństwo miało wszelkie powody po temu, aby życzyć sobie jak najrychlejszej spłaty zaciężnych, ponieważ oni głównie obsiadali dobra duchowne. Oprócz tych pieniędzy z rozmaitych poborów, uzyskiwał król jeszcze fundusze z licznych pożyczek, które trzeba było już to na dobrach, już to na dochodach królewskich, ubezpieczać. Drugą sprawą, która wówczas wystąpiła na porządek dzienny i zwłaszcza w drugiej części naszego pięciolecia przybrała poważniejsze rozmiary, było rozbójnictwo. Znane to już z czasu pierwszych niebytności królewskich, zaraz po koronacji, zaburzenie wewnętrzne. Wówczas przez długi czas nie można było dojść do ładu, ponieważ dostojnicy koronni, ze względu na niezałatwioną sprawę potwierdzenia przywilejów, odmawiali królowi wszelkiej pomocy. Gdy jednak z czasem stosunki się ułożyły, a król przybrał sobie odpowiedniejsze organa wykonawcze, wówczas nastały w Królestwie bezpieczniejsze stosunki. W Małopolsce właśnie Jakób z Dębna, jako starosta krakowski, wielkie swoją energią w tej sprawie położył zasługi. Obecnie sprawa stała się trudniejszą, ponieważ łotrzykowie ścigani wewnątrz kraju, posunęli się ku granicy śląskiej, gdzie mogli w miarę niebezpieczeństwa przerzucać się w tę lub tamtą stronę i przemykać się łatwiej między ramionami dwu władz. Oczywiście, że w ten sposób nie tylko z nimi samymi więcej było kłopotu, ale że nadarzyły się wkrótce powody do międzynarodowych zawikłań. Sprawa skoncentrowała się naówczas około dwóch, większych w swoim rodzaju postaci, Szafrańca i Kośmidra.

Krzysztof Szafraniec

Starykoń, herb Szafrańców

Krzysztof Szafraniec z Pieskowej Skały wyrodził się z familii, która niegdyś na senatorskich krzesłach duchownych i świeckich zasiadała w radzie koronnej, a i później wybitne zajmowała stanowiska. Już jednak ojciec naszego błędnego rycerza, Piotr, poprzestał na urzędzie podkomorzego krakowskiego, a przyczyniał sobie za to znaczenia i rozgłosu w zajazdach. Krzysztof żadnej wcale godności nie dostąpił, lecz oddany był w zupełności awanturze. Miał zaś złość szczególniejszą do Wrocławian, dlatego, ze go raz obdarto z pieniędzy, a nawet poraniono w jakiejś gospodzie wrocławskiej przy kartach. Stało się to w roku 1474, i odtąd Szafraniec ciągłe urządzał zasadzki rabunkowe na kupców wrocławskich, którzy dążyli z towarem do Polski. Król Maciej, jako pan Śląska, już przy sposobności rozejmu wrocławskiego (z dnia 8 grudnia 1474) czynił w tej mierze przedstawienia, później je powtórzył na zjeździe nowokorczyńskim z r. 1479. Jednak Jakób z Dębna, jako starosta krakowski, brał się do ścigania Szafrańca niesporo, a zasłaniał się zwykle tłumaczeniem, że rozbój, o który chodzi, nie przydarzył się w jego okręgu urzędowym, teraźniejszego zaś miejsca pobytu Szafrańca nie zna.

Uchodziło to jeszcze wśród stanu wojennego, ale kiedy po pokoju ołomunieckim Maciej stał się uprzedzająco grzecznym wobec Kazimierza, kiedy rozpływał się w zapewnieniach "że raczej chciałby mu we wszystkim dogodzić, niźli się w najmniejszej rzeczy nie podobać"- uważał także, że i sam nie ma powodu znosić zaniepokojenia granicy od strony polskiej. Udał się przeto ze skargą do króla Kazimierza, że Jakób z Dębna zamiast ścigać Szafrańca "dał się raczej w pismach swoich poznać jako powinowaty i poplecznik tego łupiezcy". Miał bowiem otwarcie oświadczyć Wrocławianom, że jeśli nie zaspokoją długu Szafrańca, to szlachcic ten nie tylko w nim ale i w wielu najznamienitszych Polakach znajdzie przyjaciół i pomocników. Wiele w tym jest prawdy nie wiadomo. Czy rzeczywiście odzywały się jeszcze resztki niedobrej tradycji w niektórych ziemianach krakowskich, którzy niegdyś "osłaniając przed hańbą swoich krewnych stawali się protektorami zbójów"[1], czy też korciła Jakóba z Dębna niechęć do Wrocławian, których od czasu swoich czeskich poselstw nie lubił, czy wreszcie wiek go uczynił ociężalszym - trudno dociec. Dość, że starosta krakowski nie okazał tym razem owej energii, którą dawniej wobec łupiezców zasłynął, i że nawet mu-siał się usprawiedliwiać wobec króla swojego i króla węgierskiego.

Dopiero po tych nieprzyjemnościach ustanowił Jakób z Dębna za schwytanie Szafrańca nagrodę, którą Wrocławianie już dawniej ogłosili. Ale mimo to długo się jeszcze Szafraniec uwijał, niepokojąc wszystkie drogi pod Wrocławiem, tak że zgromadzone w tym mieście 27 października 1482 stany śląskie czuły się spowodowane przesłać staroście krakowskiemu, tudzież generalnemu staroście Wielkopolski, bardzo stanowcze pismo. Oświadczają Ślązacy, że sobie sami w tej sprawie muszą uczynić sprawiedliwość, a jeśli przy tej sposobności ucierpią mieszkańcy królestwa polskiego, to niechaj nie przypisują winy sąsiadom, ale brakowi zaradzenia ze strony władz polskich. Z drugiej strony Jakób z Dębna już niejednokrotnie utrzymywał, iż Szafraniec znajduje oparcie na Śląsku. Maciej przeczył temu w r. 1481 ze stanowczością z góry powziętą, jednakże ogłoszone w nowszych czasach źródła śląskie stwierdzają niemylnie, że Szafraniec nie tylko uwijał się po Śląsku i miał tam kompanów swego rzemiosła, ale nawet możnych protektorów. U starosty górnego Śląska, Jana Bielika, którego wujem swoim nazywa, uzyskał posłuchanie osobiste i obronę wobec Macieja, u Jerzego Steina, naczelnego starosty Śląska, glejt bezpieczeństwa na jakiś czas dla pogodzenia się z Wrocławianami. Robili tedy to samo, co zarzucali Jakóbowi z Dębna, tak że ten słusznie mógł do Jerzego Steina napisać: "już teraz niewiem co z tym człowiekiem robić, z powodu którego tylu niesłusznymi zarzutami byłem zasypany".

Maczuga Herkulesa i zamek Pieskowa Skała

Już królewicz Kazimierz w przytoczonym powyżej liście do Wrocławian pisał, że gdyby rozkaz śledzenia i chwytania łupiezców wydany do wszystkich starostów nie odniósł pożądanego skutku, ogłoszoną będzie przeciwko nim "publicznie uchwalona proskrypcya - co jest ostatnim środkiem przeciwko tym, którzy się przed ręką sądu umykają". Wyraził przez to przypuszczenie, że zajmie się tą sprawą sejm walny. Jakoż dla Jakóba z Dębna w tych warunkach, jakieśmy powyżej opisali, stanowcze zarządzenie, pokryte powagą sejmową, mogło być tylko nader pożądane. To też przypuszczamy, że głównie dla tych spraw rozbójnictwa, dla Szafrańca i dla Kośmidra (o którym zaraz będzie obszerniej mowa), skłonili panowie koronni króla do tego, że wydalił się z Litwy chociaż na czas krótki i choć niedaleko. Nic większego nie znajdowało się naówczas w Koronie na porządku dziennym. Przybył tedy król do Lublina i tutaj odbył się, w czasie między 13-ym stycznia a 20-ym lutego roku 1484, sejm walny, na którym rzeczywiście ogłoszono banicję na Krzysztofa Szafrańca "za jego nadzwyczajne wybryki'. Teraz już nie tylko władze miały obowiązek ścigania Szafrańca, ale każdy człowiek mógł go w Królestwie Polskim bezkarnie zabić, ktokolwiek by zaś ukrywał go w domu swoim, ten był zagrożony utratą mienia i życia.

Nadzwyczaj niebezpieczną rolę pomocnika sprawiedliwości przyjęli na się w tym wypadku mieszczanie krakowscy, i to z niemałą ze swojej strony ofiarą. Mieszczaństwo krakowskie w swoich stosunkach handlowych najdotkliwiej odczuwało to zaniepokojenie gościńców publicznych między Odrą a Wartą, które spowodował Szafraniec. W Wrocławiu już jesienią roku 1483 rozeszła się fałszywa pogłoska, że Krakowianie schwytali Szafrańca; w rzeczywistości dopiero po sejmowej proskrypcji urządzili mieszczanie krakowscy napad na niego. Jadąc do Lublina na jarmark, który na mocy przywileju Jagiełłowego odbywał się tam zawsze w czasie Zielonych Świąt, dowiedzieli się, że Szafraniec zażywa właśnie łaźni u plebana w Zborowie, pod Stopnicą. Rzucili się tedy aby go schwytać. Ale szczwany banita dorwał się jeszcze w czas broni i cały pościg poraził, kładąc trupem sześciu znamienitszych mieszczan. Zdarzyło się to spotkanie w samą wigilię Świątek, 5 czerwca 1484. - Musiał to być wypadek, poruszający cały miasto, kiedy owych sześciu chowano w Krakowie we wspólnym grobie w kościele N. Panny Maryi; to też nic dziwnego, że skąpy w słowach Miechowita zachował nam imiona wszystkich ofiar Szafrańca. Byli niemi: Stanisław Lanthmann, Jan Reichel, Jan Nonert, Enczinger, Świętosław i Bartłomiej Sintichowie. Pierwszego z nich znajdujemy w ówczesnym spisie ławników. Zawrzały tem bardziej nienawiścią serca mieszczan krakowskich; jakoż niebawem udało się dwom wysłanym przez nich Podgórzanom, których nazwiska Peyczik i Szus, schwycić nienawistnego wroga w miasteczku Szczurowie pod Sieradzem i odstawić go w ręce starosty krakowskiego[U 3]. Już dnia 15 września 1484 pisze Jakób z Dębna do Wrocławian, że Szafraniec znajduje się w jego mocy i wtrącony jest do wieży na zamku krakowskim. Wkrótce nadszedł z Litwy od króla rozkaz egzekucji, i Krzysztof Szafraniec nareszcie, po dziesięcioletnim brojeniu, oddał szyję pod miecz katowski, w czasie jarmarku po św. Michale[2].

Wawrzyniec Gruszczyński

Zamek w Koźminie w XV w.
Prymas Aleksander Gruszczyński; herb Gruszczyńskich Poraj
Zamek w Koźminie, ryc. 1843

Na tym samym sejmie lubelskim, na którym ogłoszono Szafrańca banitą, poczynione były także daleko idące zarządzenia w sprawie Kośmidra. Jak ziemia krakowska miała swego Szafrańca, tal kaliska swego Kośmidra; tylko że tutaj komplikacja z zagranicą była ostrzejsza, rozmiary szersze, a okres trwania jeszcze o wiele dłuższy. Tak to już był przez całe wieki ten schyłek XV stulecia w dziejopisarstwie naszym zaniedbany, że sprawy, która przez więcej niż 20 lat trzymała całą Wielkopolskę w naprężeniu, nawet z imienia nie znaliśmy, póki szczęśliwa ręka zasłużonego badacza, dra Wojciecha Kętrzyńskiego, nie wydobyła na jaw znacznego fragmentu poetycznego[3], aby przy jego pomocy rzucić pierwsze promienie światła na nieznane rozterki. Dzisiaj już znowu więcej posiadamy wiadomości źródłowych, tak że przy ich pomocy jesteśmy w stanie całą sprawę i dokładniej i obszerniej wyłuszczyć.

Kośmider jest przydomkiem Gruszczńskich, ale nie całego rodu, tylko niektórych osób w, tym rodzie - później prawdopodobnie pewnej gałęzi. Żeby arcybiskup Jan Gruszczyński (1464-1473), ów kandydat króla w walce kościelnej krakowskiej, wymieniony był gdziekolwiek z przydomkiem "Kośmider", tego w źródłach nie znalazłem; to samo odnosi się do brata jego Bartłomieja, kasztelana kaliskiego, którego gniazdem były Iwanowice. Natomiast spotykamy ten przydomek przy nazwisku najmłodszego brata Mikołaja, cześnika sieradzkiego, później chorążego kaliskiego i odolanowskiego starosty. W czasach podługoszowych ten Mikołaj w ogóle z widowni znika, a przydomek Kośmider przysługuje raz jakiemuś Janowi, zawsze zaś Wawrzyńcowi Gruszczyńskiemu; przypuszczam że to są synowie i dziedzice Mikołaja, ponieważ mają tych samych, których niegdyś on miał, przeciwników. Wyraz Kośmider ma ten sam źródłosłów co nazwa miasteczka Koźmin, końcówkę zaś niemiecką; wszelkie więc prawdopodobieństwo przemawia za tym, że przydomek Kośmider otrzymali ludzie rozpoznawani po haśle "Koźmin" od Niemców śląskich, którym się dobrze musieli wryć w pamięci.

Koźmin to stare gniazdo drapieżnych ptaków, położone w województwie kaliskim na granicy śląskiej, które Kazimierz Wielki zabrał Borkowiczom na rzecz Korony i obwarował, a Jagiełło znowu nieopatrznie z rąk królewskich wypuścił. Arcybiskup Jan Gruszczyński nabył je od kasztelana sandomierskiego Hinczy z Rogowa i oddał starszemu bratu Bartłomiejowi, niczym przy tej sposobności młodszego Mikołaja nie obdarzywszy. Tym podrażniony Mikołaj, jak gdyby chodziło o cząstkę ojcowizny, rozpoczął zażartą walkę. Koźmin, który w roku 1472 dzierżył Bartłomiej, znajduje się już roku następnego w ręku Mikołaja. Co się w latach najbliższych działo nie wiadomo, dość że w roku 1481 włada znowu Koźminem Bartłomiej, i pisze stamtąd do rajców wrocławskich.

Słusznie przypisuje Kętrzyński to nowe powodzenie Bartłomieja poparciu ze strony nowo obranego arcybiskupa, Zbigniewa Oleśnickiego, którego wciągnęły w wir walki względy pokrewieństwa. Brat bowiem arcybiskupa Jan Szczęsny Oleśnicki ożeniony był z Katarzyną Gruszczyńską, kasztelanką kaliską, z córką zatem Bartłomieja. Przyłożywszy raz rękę do niebezpiecznej osnowy, arcybiskup coraz się więcej w niej zamotał; przeciwnicy bowiem zwrócili teraz mściwą rękę także przeciw dobrom i przeciw duchowieństwu archidiecezji. Oczywiście, że to znowu powiększało liczbę grupujących się około arcybiskupa szermierzy, która i tak musiała być wielką ze względu na wybitne stanowisko Oleśnickiego; a tak sprawa zataczała coraz szersze i szersze kręgi. Wkrótce przyłączyła się do tak już poważnej rozterki wewnętrznej, także komplikacja zagraniczna.

W owym czasie już Mikołaja na widowni dziejowej nie widać, a rolę jego obejmuje Wawrzyniec Gruszczyński, jako właściwy "Kośmider" nowszej epoki. Tego przydomku sam obok nazwiska używa, nim oznaczają go tak swoi, jak też obcy, bez żadnego dalszego określenia. Otóż Kośmider, wyparty z Polski, znalazł na Śląsku gościnę u księcia Konrada Białego z Oleśnicy, który mu przydzielił zamek Sulejewo (Sulau) pod Miliczem, tuż nad polską granicą. "Der weisse Herzog" żadną spółką nie gardził; rzezimieszkowie wprost zeznawali przy indagacjach, że się z nim łupem dzielili. Co więcej, niebawem Kośmider oddaje się do dyspozycji Macieja, a król węgierski udziela "seinem lieben getreuen Laurencius Koschmider" glejtu bezpieczeństwa do podróży i pobytu na swoim dworze. Wrocławian zaś wzywa, aby przeciw niemu żadnych kroków nieprzyjacielskich nie przedsiębrali, bo stał się jego sługą i poddanym (1482). Kośmider był teraz atutem w ręku króla węgierskiego; gdy Polska dokuczyła Maciejowi Szafrańcem, on jej od powiadał na to Kośmidrem.

Teraz nie tylko Koźmin wpadł w ręce Wawrzyńca Gruszczyńskiego, ale w ogóle całe pogranicze wielkopolskie miało w ciągu roku 1483 widocznie niemało do zniesienia, skoro generalny starosta Maciej z Bnina uznał za stosowne Wrocławian urzędownie zapytać, czy prawdą jest, że burzyciela pokoju K08midra popierają działami i prochem w jego napadach przeciw królewskim zamkom w Polsce. Na tych jednakże przedstawieniach bynajmniej się nie skończyło, owszem sejm lubelski z r. 1484 wdrożył przeciw Kośmidrowi bardzo poważną akcję. Oto bowiem donosi Maciej z Bnina biskupowi wrocławskiemu, na jego skargę względem najazdów polskich od strony Iwanowic, dnia 27 maja r. 1484 "w polu pod Koźminem", że "jest przez króla wyznaczonym do stłumienia rozruchów i uczynienia pokoju między ziemiami, że pragnie tego szalonego Kośmidra ścigać zasłużoną karą, skoro wiadomym jest, że wszelkie zaburzenia wychodzą ze zbójeckiego gniazda, Sulejewa. W tym samym czasie znajdujemy "w polu przed (ante) Koźminem" (obok generalnego starosty najbardziej znanych wodzów polskich ówczesnych: Alberta Górskiego, kasztelana lądzkiego a wschowskiego starostę, tudzież Jana Jasieńskiego, który się pisze "supremus campiductor et armorum gentium serenissimi domini regis Poloniae director[U 4]." Ów zaś najazd od strony Iwanowic, o którym biskup wrocławski wspominał, skierowawszy się na Ostrzeszów i Wartenberg, obszedł już przedtem (na początku maja) śląską rzekę Wejdę. Widocznie chodziło o ujęcie Kośmidra także z drugiej strony, od południa, aby mu odciąć połączenie z Oleśnicą.

Widzimy tedy w Wielkopolsce formalną wyprawę wojenną, która nawet częściowo odbywa się już na obcej ziemi. Jaki przebieg dalszy miała ta wyprawa nie wiadomo, ale ostateczny skutek był pomyślny. Sam Maciej dał już wtedy awanturnikowi wielkopolskiemu do poznania, że go dalej popierać nie myśli. Sprawa ta w ówczesnych rozmiarach swoich była dla niego przecież za wielką dystrakcją; zresztą skoro Szafraniec stał się już w Polsce naprawdę przedmiotem obławy, można było nawzajem porzucić Kośmidra. Tak się tedy skończyło, ze Kośmider na początku sierpnia zjawił się (zapewne za glejtem) na sejmiku wielkopolskim w Kole i przedłożył zgromadzonym list króla węgierskiego, który mu poleca pogodzenie się i zaprzestanie kroków nieprzyjacielskich przeciw królestwu. Dalsze układy w imieniu rządu polskiego prowadził w Kaliszu Paweł z Jasieńca, kasztelan sandomierski, który już dnia 4 września 1484 mógł napisać Gdańszczanom, że sprawa z Kośmidrem zakończona; "zamku i miasta zrzekł się", a jeńców uwolniono obustronnie. Zamek i miasto, oddane w ręce władz polskich, to niewątpliwie Koźmin, przeciw któremu zwrócona była cała wyprawa. Wkrótce potem (przy końcu roku 1485) zniewolony był Kośmider oddać także Sulejewo urzędnikom króla Macieja. Odtąd był przez pewien czas jaki taki spokój od Kośmidra[4] Ale nie koniec to ostateczny; spotkamy się jeszcze ze starym znajomym, bo ów fragment Kętrzyńskiego odnosi się dopiero do trzeciego okresu kośmidrowych bojów.

Co w historii tych obu zamieszek wewnętrznych, tak małopolskiej jak wielkopolskiej najbardziej uderza, to nader gładkie rozwikłanie komplikacji zagranicznej. Maciej, ten ciężki wróg Jagiellonów, którego imię na zachodzie miało dla Kazimierza ten sam walor, co imię Iwana na wschodzie, okazał się w tym czasie niezwykle wyrozumiałym sąsiadem. Takim go widzieliśmy w owych wynurzeniach uprzejmości wyszukanej z roku 1480, takim w łatwym zażegnaniu sprawy Kośmidra z r. 1484, takim okazał się także w innych pomniejszych sprawach spornych.

Uwagi

  1. Tekst pochodzi z Papée Fryderyk. Polska i Litwa na przełomie wieków średnich T. 1, Ostatnie dwunastolecie Kazimierza Jagiellończyka. Rozdział: Pod niebytność królewską (1480-1484). Kraków: 1904, s.174-185.
  2. Był bardzo mądry oraz cnotliwy i przez dwa lata rządził tak, jak pan król mu nakazał, a władcy oraz wszyscy ludzie wygłaszali na jego temat wielkie pochwały.
  3. Chodzi o Szczerców (kiedyś Sczerców), wieś w pow. bełchatowskim. W XV w. było to królewskie miasto w woj. sieradzkim. Marcin Bielski napisał w swojej Kronice, że jeszcze w jego czasach (ok. 1550) chłopi w okolicach Sczercowa śpiewają pieśń o tym pojmaniu i o Szafrańcu.
  4. Najwyższy wódz i dowódca wojsk narodów najjaśniejszego pana, króla Polski.

Przypisy

  1. Długosz. Opera XIV, str. 72 (r. 1450).
  2. Do skąpych wiadomości, jakie mieliśmy dotychczas o Szafrańcu w Miechowicie i w zapiskach sądu krak. (Pomniki prawa pol. II, p. 85l-3) przybył teraz nader obfity materiał w Scriptores r. Siles. XIV, Breslau 1894.
  3. Sprawozdanie Zakładu Ossolińskich 1887
  4. Najobfitszy materiał do sprawy Kośmidra znowu w Scriptores r. Sil. XIV. Trzy listy wymienione tam tylko w przypisku do Nr. 402 posiadam w odpisach dosłownych, dzięki uprzejmości wydawcy dra Henryka Wendta. Ob. też Codex epist. III, Nr. 310. W Metryce kor. XIV, 122 znajduje się Concordia cum Cosmyder in conv. gen. Piotrk. 1485. Kośmider zarzuca, że mu nie wypłacono umówionego odszkodowania w kwocie 3000 fl., przeciwnicy jego zaś utrzymują, że nie dopełnił warunków umowy kaliskiej. Król ich uwalnia od obligacji, Kośmidrowi zaś darowuje pewną kwotę pieniędzy "eo attento, quod ad cor rediens pertinacique animo deposito, cessit nobis libere de incastellacione per nos sub eo expugnata".